|
TRUDNY
POCZĄTEK
O chorobie powiedziałam tylko moim rodzicom i
siostrze i błagałam ich żeby nikomu o niej nie
mówili. Cieszyłam się że nie mieszkam już z nimi
i że nie muszę patrzeć na ich rozpacz, szok i
niedowierzanie, bo to dobiło by mnie tylko
jeszcze bardziej. Moje pierwsze dni ze
świadomością na co tak naprawdę jestem chora,
tygodnie a nawet miesiące były straszne. Chociaż
kuracja zalecona przez dok. Andrzeja
Pogorzelskiego dość szybko załagodziła mój stan
zapalny w płucach i postawiła mnie na nogi, to i
tak nie wstawałam z łóżka. Leżałam całymi dniami
bo nie widziałam w niczym sensu… Dosyć szybko w moim mieszkaniu pojawił się
inhalator i różne leki o dziwnych nazwach co
dodatkowo mnie dołowało. Nie mogłam na to
wszystko patrzeć. Nie chciałam się leczyć bo po
co, żeby przedłużyć sobie życie które i tak
niedługo się skończy. Przypomniałam sobie co
powiedział lekarz, że leczyć się trzeba bo to
spowolni proces postępowania choroby, ale, że
nie ma co się oszukiwać obojętnie co by się nie
robiło to choroba będzie postępowała a tylko od
nas samych - chorych zależy jak szybko. Ta myśl
była straszna !!!
Do tego dowiedziałam się w Rabce jeszcze jednej
rzeczy o której bałam się nawet pomyśleć bo
przeszywający ból przebijał moje serce. Otóż od
jakiegoś czasu bardzo pragnęłam zostać mamą i od
paru miesięcy się o to usilnie starałam. A tu
właśnie mnie uświadomiono że powinnam przestać o
tym myśleć! Lekarz oczywiście nie powiedział
tego wprost, powiedział tylko, że przez chorobę
będę miała problemy z zajściem w ciążę oraz, że
przez moje niskie parametry życiowe cała ciąża
może być dla mnie, jak i dla mojego dziecka
bardzo ryzykowana, dodał również i to było
najstraszniejsze, że powinnam zdawać sobie
sprawę z tego, że moje dziecko może zostać
sierotą! Nie potrafiłam tego „udźwignąć”.
Myślałam o mojej młodszej o 7 lat siostrze
Monice która pól roku wcześniej urodziła cudowną
zdrową córeczkę i której ja zostałam mamą
chrzestną. Pamiętam jak przeżywałam to, że
Monika jest w ciąży, pamiętam jak płakałam gdy
miałam malutką Wiktorię po raz pierwszy na
rękach, była taka bezbronna, piękna, dosłownie
doskonała jednak nie moja… Wstyd się przyznać ale w
tamtym okresie chociaż bardzo cieszyłam się z
tego, że moja siostra jest zdrowa to jednak jej
zazdrościłam, w końcu miała coś czego ja nigdy
miałam nie mieć a czego tak bardzo pragnęłam:
zdrowie i dziecko. Czy ona wie jakie ma
szczęście ? Ja nigdy nie usłyszę słowa:
„mamusiu” !!! Ta myśl była bardzo bolesna. Nie
potrafiłam sobie z tym wszystkim poradzić,
wpadłam w depresję. Chciałam być sama i czekać… To był bardzo trudny okres dla mnie i moich
bliskich którzy bardzo się o mnie martwili,
jednak byli bezradni.
PRZEŁOM
Nie wiem jak długo bym tak jeszcze wegetowała i
jakby się to dla mnie skończyło gdyby nie pewien
incydent. Otóż wracając z niedzielnego obiadu od
rodziców narzeczonego przejeżdżaliśmy jak co
tydzień koło Spodka w Katowicach. W tym momencie
należałoby wyjaśnić, że od roku czasu mieszkałam
z chłopakiem w Katowicach, cztery miesiące przed
zdiagnozowaniem choroby zaręczyliśmy się i
planowaliśmy ślub, jednak choroba zmieniła moje
plany. Myślałam nawet żeby odejść od niego bo po
co mu chora dziewczyna bez przyszłości, nie
miałam jednak tyle odwagi i chyba czekałam na to
żeby to on mnie porzucił. A więc tamtej
niedzieli w Spodku była wystawa psów rasowych i
przed Spodkiem stało dużo ludzi, psów i
szczeniaków różnych ras. Przejeżdżając trudno
było tego całego zmieszania nie zauważyć, moją
uwagę najbardziej jednak przykuły psy do których
całe życie miałam dużą słabość. Mój narzeczony
to zauważył i zaproponował żebyśmy weszli na tą
wystawę, przystałam na to z chęcią. Pamiętam
dokładnie chwile kiedy to latałam od boksu do
boksu i oglądałam przecudne szczeniaki, to
wtedy, chyba nawet nieświadomie, pojawił się po
raz pierwszy od bardzo długiego czasu uśmiech na
mojej twarzy. I to wtedy nieśmiało zapytałam się
Artura czy możemy kupić psa, ku mojemu
zaskoczeniu nie odpowiedział: „nie”. Moja radość
rosła, po raz pierwszy od opuszczenia szpitala w
Rabce nie myślałam o chorobie, cieszyłam się
chwilą i chciałam mieć psa, najlepiej od razu.
Jednak mój narzeczony to bardzo rozsądny facet
który nie podejmuje decyzji pod wpływem impulsu,
chciał jeszcze na spokojnie porozmawiać ze mną
na ten temat. Niechętnie ale z jakoś nową
nadzieją w sercu wróciliśmy do domu bez psa.
Zaczęły się obrady. Artur przedstawił swoje
warunki uczciwie, zgodził się na psa jednak pod
warunkiem, że ja będę o niego dbała i się nim
opiekowała bo on nie ma czasu. Oczywiście
powiedział, że będzie mi pomagać jeśli będę
chora ale to tyle, całą resztą miałam zająć się
ja. Teraz wiem że chciał mieć pewność, że
przestanę wegetować i że na nowo „zacznę żyć”,
zgodził się na tego psa tylko po to żeby
przywrócić mnie do życia. Co do rasy to od
początku byliśmy zgodni, Artur chciał dużego psa
a ja całe życie marzyłam o owczarku niemieckim
więc wybór był prosty. Dwa tygodnie musiałam
czekać na swoje szczenię, w tym czasie
przeczytałam chyba z pięć książek. Aż w końcu
nadszedł ten dzień i w moim życiu pojawił się
Rokuś, miał 7 tygodni i był dużą włochatą kulką
takim nieporadnym niedźwiadkiem, pokochałam go
od pierwszego spojrzenia. Nie mogłam uwierzyć że
jest mój, mój i tylko mój! Mój własny
rodowodowy owczarek niemiecki! Pierwszej nocy
nie mogłam spać z przejęcia co chwilę
sprawdzałam czy to nie sen, ale to nie był sen,
moja kulka spała koło mnie koło łóżka co jakiś
czas tylko wstając żeby nasikać gdzieś w kącie.
Tej nocy nastąpił we mnie przełom. Wiedziałam że
od teraz muszę być odpowiedzialna za to
bezbronne stworzenie, że czeka mnie dużo
obowiązków i że muszę nauczyć się żyć z chorobą.
Teraz nie mogłam poddać się mukowiscydozie bez
walki, nie mogłam umrzeć, ta mała kruszynka
potrzebowała mnie, teraz ona była najważniejsza.
Pomyślałam, w końcu mam 27 lat nigdy nie byłam
odpowiednio leczona a jednak jeszcze żyję, choć
tyle razy było ze mną naprawdę źle. Tyle razy
moje życie było poważnie zagrożone jednak Bóg
czuwał nade mną i za każdym razem mnie
ochraniał, wyrywał mnie śmierci z objęć, chyba
nie po to żebym teraz miała tak po prostu sobie
umrzeć, to by było zbyt okrutne. Muszę walczyć!
BITWA
Tak, „muszę walczyć”, „muszę nauczyć się żyć z
chorobą”, mądre postanowienia tylko jak je
zrealizować ? Tego już nie wiedziałam więc
błądziłam po omacku gubiąc się w labiryncie
własnego życia. Niektórym z Was może się
wydawać, że dramatyzowałam, że przecież to było
takie proste, że wystarczyło tylko do swojego
„starego życia” dorzucić parę obowiązków i to
nawet nie tak bardzo czasochłonnych i
skomplikowanych. I pewnie macie rację, pewnie
gdyby chodziło tylko o te obowiązki to sytuacja
byłaby prosta, jednak tu nie chodziło o
inhalacje i leki tu chodziło o coś więcej. Walka
toczyła się w mojej psychice. Nie potrafiłam
zaakceptować faktu, że jestem chora, 27 lat
życia w zakłamaniu zrobiło swoje. Do tego w
tamtym okresie czułam się jeszcze dobrze, na
tyle dobrze, że choroba nie ograniczała mnie
jeszcze w niczym więc łatwo przychodziło mi
wypierać ją ze świadomości. Nie potrafiłam żyć
normalnie jednocześnie nie zapominając o
leczeniu. Mogłam żyć tylko albo jako ktoś
zupełnie zdrowy albo jako ktoś chory. Wybrałam
życie człowieka zdrowego bo tak było prościej i
łatwiej, choć na pewno nie rozsądniej. I żyłam,
żyłam tak pełną parą jakbym chciała sama sobie
udowodnić, że lekarz się pomylił i, że
bezlitosny wróg nie niszczy mnie od środka. Leki
i inhalator schowałam głęboko w szafie i zajęłam
się wychowywaniem swojego rozkosznego
szczeniaka. Popełniałam ogromny błąd przed
którym przestrzegał mnie lekarz w Rabce i to
bardzo nie podobało się moim najbliższym. Im nie
o taki powrót do „świata żywych” chodziło.
Owszem czasem miałam chwile słabości, jak je
wtedy nazywałam, i bywały dni, że robiłam
inhalacje i sumiennie połykałam wszystkie leki
ale przez to tylko moja psychika cierpiała bo na
nowo byłam przybita i apatyczna, bez chęci do
życia. A na taki stan nie mogłam sobie przecież
pozwolić ponieważ moje szczenię mnie
potrzebowało, dlatego ze złością wszystko
chowałam na powrót do szafy. Wojna wciąż trwała. Dwie osoby wewnątrz mnie
kłóciły się nieustannie miedzy sobą, nie
potrafiłam ich pogodzić, potrzebowałam pomocy… I tak trafiłam do lekarza psychiatry, pół roku
chodziłam na terapię i przyjmowałam leki. Czy to
pomogło? Czy odnalazłam się w nowej sytuacji?
Sama nie wiem, z jednej strony może tak, z innej
nie. Na pewno, nie wycofując się z życia,
zaczęłam się leczyć. Nie od razu ale stopniowo
zaczęłam przyjmować leki, robić inhalacje i
drenaże. Jednak choroby nie zaakceptowałam do
dnia dzisiejszego, wciąż nie pogodziłam się z
tym, że jestem chora i chyba nie pogodzę się z
tym już do końca życia. Przeklęłam dzień w
którym dowiedziałam się o chorobie. Czy jest mi
przez to łatwiej? Nie, na pewno nie, ale nie
potrafię inaczej. Terapia pomogła mi wygrać jedynie bitwę jednak
nie pomogła wygrać całej wojny. Ona wciąż trwa.
Zmienił się tylko mój przeciwnik już nie walczę
sama ze sobą teraz walczę z mukowiscydozą.
Przeciwnikiem dużo groźniejszym, który z dnia na
dzień i z miesiąca na miesiąc robi się coraz
silniejszy i bardziej bezwzględny, podczas gdy
ja staję się coraz słabsza. Kto zatem
ostatecznie wygra ?
Wkrótce
dalsza część tekstu |